• Amerykańską agentkę polskiego pochodzenia wysłano w 1945 roku z tajną misją do Warszawy
• W Polsce Stephanie Czech obserwowała narastający stalinowski terror
• Ostatnia akcja omal nie zakończyła się dla szpiega dekonspiracją
• Po wojnie wywiadowcze zasługi Stephanie Czech nie zostały wystarczająco docenione przez USA


O jej rodzicach - państwu Czechach - wiadomo tyle, że byli prostymi robotnikami z Polski, którzy w drugiej dekadzie XX wieku wyemigrowali do USA. Nie znając języka, początkowo wędrowali od miasta do miasta i chwytali się każdej pracy, jaką mogli znaleźć. 16 maja 1915 roku urodziła im się córka. Dali jej na imię Stephanie. Korzenie zapuścili dopiero parę lat później w niewielkim Poughkeepsie w stanie Nowy Jork. Tam Stephanie mogła rozpocząć normalną edukację.

Pierwsze kroki były trudne. W rodzinnym domu Czechowie rozmawiali wyłącznie po polsku, a na ulicach swojej imigranckiej dzielnicy słyszeli prawie wszystkie języki, z wyjątkiem poprawnego angielskiego. Nie chcąc odstawać, Stephanie musiała szybko nadrabiać zaległości. Zdolna i pracowita, po pewnym czasie była już prymuską. W szkole średniej jej talenty dostrzegła nauczycielka, która zgłosiła ją - w tajemnicy - do programu stypendialnego Cornell University. W 1937 roku córka niewykształconych imigrantów z Polski zdobyła dyplom jednej z najlepszych uczelni świata.

Po ataku na Pearl Harbor Ameryka dołączyła do II wojny światowej. W całym państwie rozpoczęła się masowa mobilizacja. Gdy w maju 1942 roku zaczęto tworzyć Żeński Armijny Korpus Pomocniczy, Czech porzuciła pracę tłumaczki w Texas Oil Company w Nowym Jorku i jako jedna z pierwszych 800 ochotniczek została skierowana na sześciotygodniowy kurs oficerski w Forcie Des Moines. Przełożeni prędko docenili jej wykształcenie i inteligencję, dzięki czemu w ciągu dwóch lat awansowała na kapitana i przejęła funkcje szkoleniowe. Jednak w grudniu 1944 roku otrzymała wezwanie do zupełnie innej organizacji - Biura Służb Strategicznych (OSS), największej z amerykańskich agencji wywiadowczych. Po intensywnym treningu, w październiku 1945 roku dowódcy skierowali ją na tajną misję do stolicy kraju jej przodków.

Miasto zrujnowane



Warszawa wprawiła ją w osłupienie. Pracując w wywiadzie Czech wiedziała znacznie więcej o wojennych zniszczeniach, niż większość Amerykanów, ale widok zrujnowanego miasta był dla niej przytłaczający. Chociaż budynek otwartej na nowo w lipcu 1945 roku ambasady USA na Alejach Ujazdowskich przetrwał okupację w przyzwoitym stanie, to wszystko dookoła przypominało o niedawnym piekle. - Wycofując się z Warszawy Niemcy po prostu zrównali ją z ziemią, a Rosjanie kończyli dzieła. Ludzie wychodzili z piwnic, nad którymi nie było żadnych domów - opisywała kilkadziesiąt lat później. Równie mocno zapadła jej w pamięci wszechobecna atmosfera nieufności. - Było tam wielu ludzi z Rosji i innych krajów, którzy trzymali się w swoich grupach. Trzeba było bardzo uważać, z kim się rozmawia, bo każdy próbował rozgryźć, kim jesteś i co robisz - dodawała.

Stephanie Czech

Stephanie Czechfot.US Army

W 1945 roku OSS miało w Polsce zaledwie dwóch oficerów terenowych. Zimna wojna jeszcze się nie zaczęła, a USA i ZSRR byli wciąż, przynajmniej oficjalnie, sojusznikami. Sytuacja wydawała się zbyt delikatna, by Waszyngton mógł pozwolić sobie na intensywną działalność szpiegowską. Zwłaszcza, że miał w tej dziedzinie znacznie mniejsze doświadczenie od Moskwy. Amerykanie wiedzieli jednak, że status quo nie potrwa długo. Musieli nasłuchiwać tego, co działo się w centrum Europy. A nikt nie nadawał się do tego lepiej, niż bystra córka polskich imigrantów.

Obserwatorka



Według przykrywki, Czech była szeregową pracownicą ambasady, która w wolnym czasie poszukuje porozrzucanych po Polsce dalekich krewnych. - Dysponowaliśmy samochodem, więc mogłam się dosyć swobodnie poruszać - opowiadała. W celu uwiarygodnienia historii, młoda Amerykanka postarała się, by faktycznie odnaleźć kilkoro nieznanych członków swojej rodziny. Jednak jej głównym zadaniem było coś innego.

Podróżując po odległych zakątkach kraju, Czech notowała wszystko, co działo się wokół. Obserwowała ruchy sowieckich wojsk, przysłuchiwała się nastrojom społecznym i zbierała coraz więcej opowieści o ludziach znikających w katowniach UB lub w wagonach pociągów jadących w głąb Rosji. - Spotykałam mnóstwo ludzi z różnych stron Europy: Polaków, Niemców, Francuzów. Tułali się w każdym kierunku. Im więcej języków znałeś, tym lepiej na tym wychodziłeś. Mówiłam po polsku i radziłam sobie z francuskim, więc potrafiłam zebrać wiele danych - wspominała. Swoje odkrycia referowała zazwyczaj w Warszawie, ale czasami raportowała także sekcji wywiadowczej w ambasadzie Stanów Zjednoczonych w Berlinie.

Jej relacje były często jedynymi informacjami z Polski, jakimi dysponował amerykański wywiad. Musiała być bardzo uważna i precyzyjna, każdy szczegół mógł mieć znaczenie. Dociekliwość wiązała się z wielkim ryzykiem - nie pracowała w mundurze, więc gdyby ktoś oskarżył ją o szpiegowanie, nie chroniłyby jej żadne konwencje. Zresztą, amerykańska flaga na ramieniu nie zawsze zapewniała bezpieczeństwo. Pod koniec 1945 roku na południu kraju zaginął wojskowy attaché USA, ale służbom ambasady nigdy nie udało się ustalić jego losu. W okupowanej przez Stalina Polsce podobny los spotykał tysiące ludzi.

Choć przełożony z OSS chciał, by na niektóre misje zabierała broń, Czech uparcie odmawiała. - Co, do diaska, miałabym zrobić z tym głupim pistoletem? - mówiła z lekkim uśmiechem wiele dekad później.

Przejście



O ile prezydent Roosevelt był oddanym fanem OSS, to - tak jak jego następca Harry Truman - uważał, że po upadku nazizmu Stany Zjednoczone potrzebują służb wywiadowczych, które nie wykuwały się w ogniu wojny. Na początku 1946 roku większość oficerów Biura musiała szykować się do powrotu do ojczyzny. Na część z nich czekał bilet do cywilnego życia, na innych - przydział do nowo utworzonej Jednostki Służby Strategicznej, która krótko potem stała się Centralną Agencją Wywiadowczą (CIA). Stephanie Czech miała przed sobą jednak jeszcze kilka zadań - w tym jedno wyjątkowo niebezpieczne.

16 stycznia 1946 roku Amerykanka zdawała kolejny raport w berlińskiej ambasadzie USA. Gdy miała wychodzić, szef podał jej kopertę z tajnymi dokumentami. Musiała dostarczyć je do Warszawy.

Była przerażona. Nieco wcześniej dowiedziała się, że Sowieci mogą ją rozpracowywać (jak potwierdzą potem archiwa, rzeczywiście była bardzo bliska zdemaskowania z powodu ''niekompetencji oficera wyższej rangi z Paryża''). Ryzyko wpadki wydawało się być ogromne. - Wielu moich przyjaciół zniknęło; wywozili ich na Syberię i słuch po nich ginął - opisywała to, o czym wtedy myślała. Kiedy stała w kolejce przed polsko-niemiecką granicą, postanowiła zagrać va banque - wypatrzyła w tłumie wzbudzającego zaufanie mężczyznę i poprosiła go, by zawiózł niebezpieczne papiery do stolicy.

Chwilę później, tak jak przewidziała, została zatrzymana. Po paru godzinach bezowocnego przesłuchania oficerowie bezpieki - ''Sowieci'', jak wspominała - pozwolili jej odejść. W lutym była już w USA.

Tajemnica



O dalszych losach Stephanie Czech wiadomo stosunkowo niewiele. Jeszcze w 1946 roku wyszła za Williama S. Radera - wielokrotnie odznaczanego pilota, który brał udział m.in. w walkach nad Midway i Berlinem. Chociaż po powrocie do Stanów ukończyła studia magisterskie z chemii, to pozostała zawodowo związana z armią. Najpierw awansowała na majora, a później pracowała jako cywil w siłach powietrznych. W 1968 przeprowadziła się z mężem - wtedy już emerytowanym generałem brygady - do Alexandrii w Wirginii.

Przez wiele dekad o szpiegowskiej działalności Czech-Rader wiedziała zaledwie garstka ludzi. OSS nigdy nie cieszyło się splendorem, który otaczał CIA, a jego członkowie - wybrańcy zwerbowani w trakcie największej z wojen - bardzo poważnie podchodzili do przysięgi zachowania tajemnicy. O swojej przeszłości polska Amerykanka zgodziła się otwarcie rozmawiać dopiero po tym, jak w 2008 roku odtajniono dokumenty dotyczące jej służby - w tym odrzuconą rekomendację do Legii Zasługi, jednego z wyższych odznaczeń wojskowych w USA. W 1946 roku działalność wywiadowcza nie była szczególnie doceniana przez Departament Wojny, który ostatecznie przyznał pani major Wstążkę Pochwalną.

Stephanie Czech Rader nie poznała rezultatów zaproponowanej niedawno przez jednego z senatorów ponownej weryfikacji wniosku o odznaczenie. Przeżywszy ponad 100 lat, 21 stycznia 2016 roku zmarła w wyniku pooperacyjnych komplikacji.

Michał Staniul dla Wirtualnej Polski

Polub historia.wp.pl na Facebooku

Oceń
tak 147 94,84%
nie 8 5,16%

Opinie (34)

Pozostało znaków: 4000

REGULAMIN

56
64
~gość 2016-02-12 (20:27) 7 miesięcy 18 dni 12 godzin i 38 minut temu

Tak , tak . to nie Niemcy zniszczyli Warszawę. oni tylko zaczęli a zrównali Warszawę z zięmią Rosjanie, Historię należy wreszcie odkłamać.- dzieję się na naszych oczach!

odpowiedz

pokaż 10 ukrytych odpowiedzi

3
4
~Co to za brednia? 2016-02-12 (21:04) 7 miesięcy 18 dni 12 godzin i 1 minutę temu

"..... szef podał jej kopertę z tajnymi dokumentami. Musiała dostarczyć je do Warszawy. .... " Nie mieli kurierów dyplomatycznych?

odpowiedz

2
10
~Yeti 2016-02-13 (06:32) 7 miesięcy 18 dni 2 godziny i 33 minuty temu

Wy.....j do swoich wybawicieli na wschód. Zapewnią ci wspaniałe warunki życia na Syberii.

odpowiedz

Pokaż więcej komentarzy...

Zostań naszym autorem!
Chcesz napisać artykuł historyczny?
Masz ciekawe wspomnienia, zdjęcia lub filmy z własnych rekonstrukcji historycznych?

Napisz do nas

Kontakt z redakcją

pozostało 5000 znaków

Administratorem danych osobowych przekazanych za pomocą formularza jest Wirtualna Polska S.A. z siedzibą w Gdańsku przy ul. Traugutta 115C. Dane osobowe będę przetwarzane w celu przekazania treści za pośrednictwem Serwisu historia.wp.pl. Wirtualna Polska S.A. w Gdańsku informuje, że zgodnie z przepisami ustawy z dnia 29.08.1997 r. o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, a ponadto Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych oraz ich poprawiania.

Dziękujemy za kontakt!

Wiadomość została przesłana do redakcji serwisu.

zamknij okno